piątek, 2 kwietnia 2010

118.'Zrobimy to po ich ślubie...'

-Toom...- Jęknęłam żałośnie patrząc, jak mój narzeczony wkłada ciuchy do torby.- Naprawdę musisz?- Wiem, że musiał... ale ja nie chce żeby jechał. W sumie tu chodzi o nasz ślub, ale mimo wszystko...

-Kochanie, rozmawialiśmy już o tym.- Podszedł do mnie obejmując mnie rękoma w pasie.- Wrócę jutro wieczorem, góra po jutrze.- Ucałował mnie w czoło.- A później pojedziemy razem.

-No wiem... ale nie będę cię widziała cały dzień i całą noc! To straszne...- Spuściłam głowę robiąc smutną minkę.- Będę tęskniłaaa....

-Wiem, ja za tobą też. Ale zobaczysz, że szybko zleci. To tylko dwa dni.- Przytulił mnie mocno do siebie.- Kocham cię.

-Ja też cię kocham.- Uśmiechnęłam się do niego i wpiłam się w jego usta całując go zachłannie. Ja nie wytrzymam tych dwóch dni. Wiem, że przesadzam, ale naprawdę nie wytrzymam... to będą najgorsze dwa dni w moim życiu. Ja nawet bez niego nie zasnę!

-Poza tym, Amelia jutro wraca. Nie będziesz się nudzić.

-No... ale ja i tak wole ciebie.- Stwierdziłam jeszcze raz go całując.-Pisz do mnie smsy!- Nakazałam stanowczo.- I nie patrz na inne dziewczyny.- Zmrużyłam oczy patrząc na niego groźnie.

-Oczywiście.

-No i nie szalej tam, jedziesz załatwić sprawy związane z ślubem, a nie...

-Wieem. O niczym innym nie myślę.- Zaśmiał się.- Nie martw się.

-Ufam ci...- Uśmiechnęłam się delikatnie przykładając głowę do jego klatki.-Będę czekała...

-Tom, kierowca się już niecierpliwi.- W drzwiach stanął Bill zwracając uwagę bratu. Nie, no za jakie grzechy? Nawet się pożegnać nie można... ja się chce nim nacieszyć, no!

-Już idę.- Odsunął się ode mnie, co wywołało u mnie grymas na twarzy. Podszedł do łóżka i wziął z niego swoją torbę.- To bądź grzeczna, Carmelko.- Ucałował mnie jeszcze w czoło i skierował się do wyjścia jeszcze na chwilę stając koło czarnowłosego.- Opiekuj się nią.

-Ja z wami nie mogę, to tylko dwa dni.- Przewrócił teatralnie oczami kręcąc przy tym z dezaprobatą głową. On nic nie rozumiee... dla niego to tylko dwa dni, a dla nas AŻ dwa. On nie ma pojęcia, co znaczy dla nas taka rozłąka...

-Dwa dni, czy dwa miesiące, masz się nią opiekować.- Stwierdził z poważną miną po czym opuścił pokój. Zrobiłam naburmuszoną minę i podeszłam do okna patrząc z żalem na chłopaka wsiadającego do samochodu.

-Oj, no już nie przesadzaj, przecież on wróci.- Usłyszałam obok siebie zatroskany głos Billa, który objął mnie ramieniem.- Chodź, pomalujemy sobie paznokcie...- Dodał, na co zaśmiałam się cicho. Naprawdę zabrzmiało to zabawnie z ust chłopaka, choć znam już długo Billa i wiem, jaki jest i tak nadal nie mogę się przystosować do niektórych sytuacji z nim związanych. Jest jedynym facetem malującym paznokcie, którego znam...




-Zrobiłem kisiel...- Bill usiadł obok mnie na kanapie podając mi szklankę z żółtą, gęstą substancją. Uśmiechnęłam się do niego szeroko w ramach wdzięczności i od razu chwyciłam za łyżkę. On wie, co dobre...- Na poprawę nastroju.

-Pyszny.- Oblizałam się i oparłam wygodnie plecy o oparcie kanapy.- Myślę, że jakoś wytrzymam te dwa dni bez Toma, jak będziesz mi tak osładzał czas.- Dodałam zadowolona.- A w ogóle jak tam Sara?

-Nadal chora... nie wiem co ją tak wzięło.- Odparł niepocieszony.- W ogóle ostatnio jakoś... nie wiem... chyba już nie czuje tego, co kiedyś...- Westchnął cicho spuszczając głowę.- Myślałem, że jak się już zakocham, to tak na zawsze, na poważnie... ale myliłem się. Wszystko się zmieniło, Carmen... wszystko...- Uniósł na mnie swój smutny wzrok. Spoglądał na mnie tak jakoś inaczej niż zwykle, aż poczułam się nieco niezręcznie. Nigdy wcześniej tak nie było...

-Nie...kochasz już... jej?- Zapytałam lekko drżącym głosem nie spuszczając z niego swojego wzroku. Nie wiem, czemu to pytanie kosztowało mnie tyle trudu. W ogóle ta cała rozmowa nie wygląda na prostą.

-Nie wiem... ale wiem, że bardzo ją skrzywdzę, a nie mogę tego zrobić... ja w ogóle nie wiem, co mam robić... jestem ostatnim dupkiem...- Odłożył szklankę na stół i schował twarz w dłoniach. Słyszałam jak ciężko oddycha, nie trudno było wyczuć co teraz czuł. Kompletnie nie wiem, jak mu pomóc... nawet nie wiem, co o tym myśleć.

-Bill, czemu tak mówisz... przecież nie zrobiłeś nic złego...- Położyłam mu rękę na ramieniu chcąc go jakoś podnieść na duchu. Nie chciałam, aby był smutny...

-Zrobiłem.- Podniósł głowę wlepiając we mnie swój wzrok.- Ja kocham... kogoś innego...- Szepnął.

-Nie wiem co mam ci powiedzieć...- Totalnie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się czegoś takiego... nawet nie mam pojęcia w kim mógłby się zakochać... naprawdę sądziłam, że to Sara jest jego jedyną, a teraz okazuje się, że jest ktoś jeszcze.

-Nie musisz nic mówić... jestem głupi i tyle, ale ja nie umiem nad tym zapanować... po prostu zdałem sobie sprawę, że moje serce nie krzyczy z miłości na widok Sary, ale kogoś innego...

-Powinieneś zerwać z Sarą.- Stwierdziłam po chwili. Wiem, że to moja przyjaciółka i że będzie cierpiała, ale byłoby jeszcze gorzej jakby dalej trwali w tym fałszywym związku. Po co się męczyć?- Miłość jest najważniejsza, nie możesz z niej zrezygnować, tylko po to, aby kogoś nie skrzywdzić...

-Ale i tak skrzywdzę... nie tylko Sarę, ale też tą którą kocham...

-Czemu?

-Bo ona już jest szczęśliwa z kimś innym.- Westchnął ciężko.-To za trudne... nie będę ci zawracał tym głowy. Przepraszam, że w ogóle zaczynałem...

-Bill, przecież jesteśmy przyjaciółmi...

-No...- Mruknął.- Pójdę do siebie.- Uśmiechnął się do mnie blado i udał się na górę pozostawiając mnie samą z mętlikiem w głowie.


#


-Hej, Gewciu. Co u ciebie? Dawano nie gadaliśmy.- Blondynka uśmiechnęła się pod nosem, czego nie mógł zobaczyć, jednak był pewien, że jej telefon nie jest bezcelowy. Znał ją dobrze, więc nie było dla niego problemem domyślić się, że ma jakiś interes do niego. I znając życie nie jest to nic przyjemnego.

-W porządku. Po co dzwonisz?- Od razu przeszedł do konkretów, nie chcąc przedłużać i tracić cennego czasu.

-Hm... kojarzysz Toma Kaulitza?

-Niestety. Przez niego psy siedzą mi na ogonie.- Mruknął niezadowolony.

-To się świetnie składa, bo możesz mu trochę uprzykrzyć życie.- Stwierdziła z entuzjazmem, jednak chłopak nie był taki przekonany, co do tego pomysłu.

-Słuchaj, Emi, ja już mam przez niego kłopoty i więcej nie potrzebuję.

-Ale przecież nie każę ci go zabijać.-Burknęła poirytowana.- Chce tylko, żebyś zrobił dziecko tej jego laluni, to chyba nie problem?

-Żartujesz?

-Nie. Trzeba rozwalić im ten związek. Chyba z przyjemnością będziesz patrzył na cierpienie Kaulitza, nie?- Zachęciła go. Musiał jej pomóc. To był idealny plan.

-Ta jego dziewczyna w sumie fajna laska...- Zastanowił się przez chwilę. Nawet zaczynało mu się to podobać. Przecież miałby z tego wiele rozkoszy... a jednocześnie odegrałby się na gitarzyście.- Dobra, to mów co i jak.- Zgodził się już bez dłuższego wahania. Czemu miałby nie spróbować?

-Zrobimy to po ich ślubie, powiedzmy 12, albo 13 września, zależy kiedy będzie nam najbardziej odpowiadało. Jego wtedy nie może być w hotelu... coś wymyślę.

-No, ale jak ja mam to zrobić? Przecież ona mi się nie odda.- Mruknął zauważając minusy tego planu.

-To ją zgwałcisz!

-Ale za to mogą mnie zamknąć.

-Daj spokój, zrobisz swoje i się zwiniesz. Najwyżej sypniesz jej czegoś do napoju i tyle.- Ona nie widziała żadnego problemu. Dla niej wszystko było proste, wystarczyło tylko to zrobić.

-Dobra, ale ma być bezpiecznie. Żadnej ochrony w pobliżu i nikt ma mnie nie widzieć.- Zastrzegł.- W ogóle, spotkajmy się i ustalmy szczegóły.

-Okej. To wpadnij do mnie, wiesz, gdzie mieszkam.

-Będę wieczorem. Na razie.- Pożegnał się i zakończył połączenie. Coraz bardziej mu się to podobało. Naprawdę miał wielką ochotę zepsuć mu życie. Bo na niego nie nasyła się policji.


#


Dziewczyna z wielką ulgą odrzuciła torbę na podłogę i opadła na swoje łóżko, czego zaraz pożałowała czując nieprzyjemne pieczenie na plecach. Skrzywiła się zmieniając pozycję na siedzącą.

-I jak tam, Myszko?- Do pokoju wszedł uśmiechnięty od ucha do ucha blondyn. On w przeciwieństwie do niej, nie miał żadnych nieprzyjemnych pamiątek z podróży. Pozostały mu same najlepsze wspomnienia, jej w sumie także, gdyby nie tylko ta piekąca skóra...-Zmęczona?

-Strasznie... i jeszcze te plecy, ja chyba umrę...- Jęknęła.

-Biedactwo, mówiłem, żebyś uważała z tym słońcem.- Podszedł do niej siadając obok i ucałował ją w czoło.- Przejdzie ci niedługo.

-Mam nadzieję...- Mruknęła niepocieszona. Była na siebie zła, bo gdyby tylko trochę bardziej uważała wszystko wyszłoby idealnie. Bo przecież tak właśnie było. Ukochany chłopak, wspaniałe wakacje, mnóstwo świetnej zabawy i przede wszystkim miłość wraz z poczuciem bezpieczeństwa, czego tak bardzo potrzebowała. Dzięki Andreasowi, mogła w końcu zebrać w sobie siły, aby raz na zawsze zakończyć wszelkie kontakty z Alexem. Otworzyła nowy rozdział w swoim życiu, który uważa za najlepszy, choć jeszcze nie zna jego przyszłych losów. Liczy się dla niej jedynie to, że kocha i jest kochana.

-No, to ja będę się zbierał...

-Już?- Spojrzała na niego smutno.- Nie idź jeszcze... zostań ze mną.- Poprosiła kładąc głowę na jego ramieniu.- Pewnie nie będę mogła zasnąć przez te plecy... przynajmniej sobie na ciebie popatrzę...- Uśmiechnęła się delikatnie pod nosem.

-A usprawiedliwisz mnie potem przed mamą?

-Tak. Powiem, że byłeś mi baaardzo potrzebny.- Cmoknęła go w policzek uśmiechając się szeroko.-Musisz mi przecież posmarować plecy. Bo kto zrobi to lepiej od ciebie?

-Nikt.- Odparł bez wahania.- I nikomu nawet nie wolno cie dotykać.- Dodał zaraz z bardzo poważną miną.- Każda część twojego ciała, należy do mnie.

-Bardzo ciekawe...

-Dzieci, zejdziecie na kolację?- W drzwiach pojawiła się mama brunetki przerywając im rozmowę. Dziewczyna od razu poderwała się z miejsca, jakby ją olśniło. I właściwie tak było. Przypomniała sobie coś dość istotnego. Chwyciła zdezorientowanego Andreasa za rękę i pociągnęła za sobą w stronę rodzicielki.

-Mamo, poznaj oficjalnie mojego chłopaka.- Oświadczyła wskazując na zaskoczonego blondyna, który jedynie uśmiechnął się nieśmiało, nie bardzo wiedząc jak się zachować.

-Przecież ja już znam, Andreasa.

-Ale on jest teraz moim chłopakiem! A ty go poznałaś, jak nim nie był...- Stwierdziła poruszona obojętnością matki.

-No dobrze... więc, miło mi cię poznać oficjalny chłopaku mojej córki.- Kobieta uśmiechnęła się w jego stronę, co odwzajemnił.- A teraz chodźcie na kolację.

-Już idziemy...- Zapewniła brunetka i odwróciła się w stronę swojego chłopaka.- Kocham cię i każda część twojego ciała, należy do mnie.- Zastrzegła mrużąc przy tym oczy, a następnie czule wpiła się w jego usta.


###


Ostatni wątek był dopisywany niedawno, inaczej odcinek już by się pojawił w czwartek, ale jakoś wcześniej nie mogłam się zdobyć, aby cokolwiek napisać xd

Mam pewnie trochę zaległości na blogach, postaram się je nadrobić. I będę miała ich jeszcze dużo więcej, niestety nie będzie mnie przez 3 tygodnie i nie wiem czy będę miała dostęp do internetu, dlatego wybaczcie jeżeli nie skomentuję notki na Waszych blogach. Gdyby to ode mnie zależało najchętniej zostałabym w domu xd ale nie ma tak dobrze, będę się męczyć i może jakimś cudem uniknę operacji xd Nie mam wcale wakacji, po prostu przebywam w ośrodku rehabilitacyjnym xd A były chłopak Emi to nie Tom ;D Myślcie, myślcie, a może się domyślicie ;d To chyba wszystko z mojej strony.. xd

A no wesołych świąt tak wgl xd pozdrawiam ;**