wtorek, 1 czerwca 2010

124.'Zaczniemy nasze nowe wspaniałe życie.'

Brunet podbiegł do recepcjonistki, która od razu uniosła na niego swój zaskoczony wzrok. Było dość późno, jak na nowych gości. Jednak on wcale nie miał zamiaru wynajmować pokoju. Dla niego liczyła się każda sekunda.

-Proszę mi powiedzieć, w którym pokoju zatrzymali się państwo Kaulitz.- Wysapał w pośpiechu.

-Nie możemy udzielać takich informacji.

-Ale to ważne! Jestem z ochrony...- Skłamał z nadzieją, że nie zażąda żadnej legitymacji, której oczywiście nie posiadał. Na szczęście jego głos brzmiał bardzo przekonująco, więc kobieta nic nie podejrzewała.

-To apartament 215. Czy coś się stało?- Zainteresowała się, zauważając jego przejęcie.

-Może się stać. Proszę powiadomić ochronę hotelu.- Nakazał i nie zwlekając już dłużej pobiegł w stronę windy. Nie mógł pozwolić, aby cokolwiek złego stało się Carmen. Nie miało dla niego najmniejszego znaczenia, że dziewczyna nie odwzajemnia jego uczuć. Ani to, że wybrała innego... że tyle razy przez nią cierpiał. Teraz liczyło się tylko to, aby była bezpieczna. Kochał ją, jak nikogo innego i nigdy, nikomu nie pozwoli jej skrzywdzić. Pragnie jej szczęścia, jak niczego innego.

Modlił się w duchu tylko o to, żeby zdążyć na czas. Nie mógł się spóźnić. Dokładnie wiedział, na kiedy jego była dziewczyna to wszystko zaplanowała. Nienawidził jej za to całym sercem. Dla niego już dawno przestała istnieć. Była zwykłym potworem bez serca i w ogóle nie wierzył w jej miłość. Taka osoba, jak ona nie potrafi kochać...

Gdy wysiadł z windy zaniepokoiła go cisza panująca na korytarzu. Sądził, że usłyszy jakieś przerażające krzyki wołające o pomoc. Jednak wcale tak nie było... uważał to za zły znak. Bał się, że nie zdążył. Że już jest za późno...

Szybko odnalazł właściwe drzwi i nie wahając się, ani chwili pociągnął za klamkę wchodząc do środka. Słyszał jedynie czyjś cichy, przepełniony bólem płacz. Nie miał wątpliwości, że to Carmen... Serce, przestało mu bić, gdy pomyślał, że nie zdążył niczemu zapobiec. Ale ta chwila zwątpienia nie trwała zbyt długo. Zaraz się otrząsnął i wkroczył w głąb apartamentu. Widząc mężczyznę zwisającego nad drobną blondynką, zareagował natychmiast. Nie zważając na nic rzucił się na niego i chwytając go za materiał koszulki zwalił na podłogę powodując tym samym, że chłopak uderzył się w głowę tracąc przytomność.

-Carmen...- Spojrzał z przerażeniem na dziewczynę, która cała zapłakana otulała się szczelnie ręcznikiem. Jeszcze nigdy nie widział, aby ktoś tak bardzo drżał...


Miałam mocno zaciśnięte powieki. Chciałam krzyczeć czując na swojej skórze te paskudne usta i ten obrzydliwy dotyk... nie umiałam sobie poradzić. Nie potrafiłam go z siebie zepchnąć... nie miałam siły uciec. Leżałam cała sztywna na pościeli pozwalając mu na to wszystko... starałam się o tym nie myśleć, jednak to było niemożliwe. Pragnęłam teraz umrzeć... cały czas myślałam o Tomie, o naszym wspólnym życiu... nie chciałam tego stracić... jednak z każdą chwilą czułam, że oddalam się od tego coraz bardziej. Straciłam nadzieję... przestałam wierzyć... i nagle przestałam czuć. Nie czułam nic...

Otworzyłam szeroko oczy zdając sobie sprawę, że już go nie ma. Że już mnie nie dotyka... że mnie nie całuje... to był sen? Trzęsłam się nie potrafiąc przestać, moja twarz była mokra od łez. Usłyszałam swoje imię wypowiedziane przez kogoś, kogo nie potrafiłam teraz rozpoznać. Wiedziałam jednak, że to ktoś dobry... jego głos przepełniony był uczuciem i troską. To on mnie uratował... To nie był Tom. Jego głos bym rozpoznała zawsze... wiem, że znam tego chłopaka...

-Spokojnie, już nikt cię nie skrzywdzi...- Poczułam jak materac łóżka ugina się pod jego ciężarem, a on sam podnosi moje ciało przytulając do siebie. Mimowolnie wtuliłam się w niego z całych sił.-Już dobrze...- Pocałował mnie w czoło, a ja nadal mocno go ściskałam. Chwilową ciszę w pomieszczeniu przerwali nagle jacyś ludzie, którzy wręcz wpadli do środka.

-Carmen! Kochanie...- Nagle ogarnął mnie niezwykły spokój, gdy do moich uszu dotarł tej jedyny głos. Natychmiast wyswobodziłam się z objęć mojego wybawcy i wpadłam prosto w ramiona ukochanego, gdzie mogłam naprawdę poczuć się bezpieczna.- Jak dobrze, że nic ci nie jest... nie wiem, jak to się mogło stać... przepraszam, tak bardzo cię przepraszam...- Tulił mnie i płakał razem ze mną...

-Skąd pan wiedział o tym wszystkim?- Jeden z ochroniarzy zwrócił się w stronę chłopaka, który mnie uratował. Sama byłam tego ciekawa. Odsunęłam się w końcu od Toma, żeby móc spojrzeć na swojego wybawcę. Widok nieco mi się wyostrzył i udało mi się dojrzeć jego twarz.

-Herry...- Szepnęłam zszokowana.

-To wszystko zaplanowała moja była dziewczyna. Z przyjemnością złożę zeznania.- Odparł podnosząc się z miejsca.- Mam nadzieję, że zarówno ona, jak i on odpowiedzą za wszystko.- Dodał rozgoryczony.- A tobie radzę zmienić ochronę.- Skierował spojrzenie na mojego Toma, który także wydawał się być zaskoczony. Nigdy go nie lubił... ale ja wiedziałam, że to dobry chłopak. Zaufałam mu i się nie zawiodłam...

-Dziękuję, że pomogłeś.- Gitarzysta wstał wyciągając w jego stronę rękę. Wiem, że to musiało wiele go kosztować. Mogę być z niego dumna... Brunet bez najmniejszych oporów uścisnął ją i posyłając mi swój ciepły uśmiech udał się za ochroną do wyjścia.

-Kochanie, nic ci nie zrobił?- Tom, ponownie usiadł koło mnie obejmując mnie czule ramieniem. Oparłam głowę o jego tors oddychając głęboko. Czułam wielką ulgę wiedząc, że jest przy mnie i że ten cały koszmar dobiegł końca. Naprawdę myślałam, że przeżyję to wszystko na nowo. Tak długo walczyłam ze wspomnieniami, a teraz wszystko musiało wrócić przez jakiegoś szaleńca.

-Pani, też powinna złożyć zeznania...

-Nie. Nie będzie nigdzie jeździć i przeżywać wszystkiego.- Tom, od razu zaprotestował, a mężczyzna nie wyglądał, aby miał dłużej dyskutować.

-W takim razie, spokojnej nocy życzę.- Rzekł i opuścił nasz apartament. Zostaliśmy sami i zrobiło się tak przyjemnie cicho... Cieszę się, że nie muszę nigdzie wychodzić i mówić o tym całym zdarzeniu.

-Już więcej cię nie zostawię.- Szepnął mi do ucha kołysząc mnie lekko w swoich silnych ramionach. Tylko on potrafił mnie tak uspokoić.- Wszyscy za to zapłacą. Przepraszam cię...

-Przecież to nie twoja wina.- Odezwałam się chyba po raz pierwszy. Mój głos także zdążył się już unormować. Nie byłam taka roztrzęsiona jak przed kilkunastoma minutami.

-Mogłem nie wychodzić... nie wiem w ogóle co mi do głowy strzeliło, żeby schodzić w nocy do recepcji. Oczywiście to wszystko było ukartowane. Nie wiedziałem, że Emi miała coś wspólnego z Herrym... a już na pewno z Gerwazym.

-Nieważne... nie chcę o tym mówić.- Mruknęłam i podniosłam się z miejsca zmierzając do łazienki.

-Dokąd idziesz?

-Pod prysznic.

-Przecież już braliśmy prysznic...

-Wiem... ale muszę jeszcze raz... on mnie dotykał.- Powiedziałam lekko drżącym głosem. Gdy tylko sobie o tym przypominałam robiło mi się niedobrze, a moje oczy napełniały się łzami. Chciałam zmyć z siebie jego brudne ślady. Miałam należeć tylko do Toma. Nikt inny nie ma prawa mnie dotykać... a jak pomyślę o tym, że prawie mnie zgwałcił... Nie wiem, jak po czymś takim miałabym normalnie funkcjonować w swoim małżeństwie... Odkąd w moim życiu pojawił się Tom, nie ma i nie może być nikogo innego.

-Kochanie...- Podszedł do mnie i złapał mnie za rękę.- Wiem, że to jest straszne... sam nie umiem sobie z tym poradzić, nie wiem jak ci pomóc...

-Pomagasz mi. Gdybym cię nie miała, nic nie miałoby już sensu.- Dotknęłam jego policzka patrząc w jego smutne oczy.- Umyję się, wrócę do ciebie, pójdziemy spać, a jutro już wszystko będzie dobrze. Zaczniemy nasze nowe wspaniałe życie.- Uśmiechnęłam się do niego delikatnie. Wiedziałam, że nie tylko ja cierpię. To nie tylko mnie boli...

-Iść z tobą?

-Nie trzeba... zaraz wrócę, połóż się.- Musnęłam jego policzek i puszczając dłoń zniknęłam w pomieszczeniu zamykając się w nim na klucz. Chciałam być przez te kilka minut sama. Zrzuciłam z siebie ręcznik i weszłam do kabiny od razu odkręcając wodę. Chyba jeszcze nigdy nie myłam się tak dokładnie. Zwykła woda, a potrafi czasem zdziałać cuda... jednak to tylko złudzenie. Złudzenie, w które wierząc, potrafię normalnie żyć.


#


Rano obudziłam się z lekkim bólem głowy, ale wzięłam jakąś tabletkę i szybko pozbyłam się tego drażniącego problemu. Śniadanie zjedliśmy w pokoju, w łóżku. Było naprawdę miło. Tom, jak zawsze się postarał, żebym czuła się wyjątkowo. Już w ogóle przestałam myśleć o wczorajszym wieczorze. Chciałam wymazać to z pamięci. Bo tak będzie najlepiej.

Po śniadaniu spakowaliśmy swoje rzeczy i trochę ogarnęliśmy apartament, żeby nie zostawiać po sobie takiego bałaganu. Trzeba dbać o wizerunek. Byliśmy już w pełni gotowi do wyjazdu. Nie mogłam się doczekać kiedy wsiądziemy do samolotu i będę mogła podziwiać widoki z nieba. To też była pewna odskocznia od tego wszystkiego. To miejsce nie do końca będzie mi się dobrze kojarzyło... a szkoda, bo właśnie tutaj przeżyłam swój najpiękniejszy dzień w życiu.

-Możemy już iść?- Poczułam na swojej talii ręce Toma, który musnął ustami moją szyję.

-Tak.- Uśmiechnęłam się chwytając jego dłoń i splotłam ją ze swoją. Po chwili opuściliśmy apartament kierując się na parter. Po drodze spotkaliśmy Billa i Sarę, którzy także dziś wyjeżdżali. Wyglądali na szczęśliwych, co mnie bardzo cieszy. Miałam nadzieję, że im się w końcu ułoży.

-Wracacie do Niemiec?- Tom, zwrócił się do nich, gdy staliśmy wszyscy w windzie.

-Tak. Jedziemy do babci.- Odparł Bill obejmując z uśmiechem swoją dziewczynę.

-O, to pozdrów ją ode mnie.

-No, a wy bawcie się dobrze. Wyszalejcie się, bo jak wrócicie zaczynamy pracę w zespole.

-Tak, wiemy. Na pewno wykorzystamy te dwa tygodnie.- Zapewnił go Tom i ucałował mnie w skroń. Oczywiście Bill i Sara nie wiedzieli nic o wczorajszym zajściu, w sumie nikt o tym nie wiedział. Na całe szczęście. Nie chciałabym, aby to się rozniosło... a już na pewno żeby dostało się do prasy.

-Może wrócicie z potomkiem...

-Jasnee... porwiemy jakieś Indonezyjskie dziecko, specjalnie dla ciebie.- Gitarzysta poklepał go po ramieniu. Czarnowłosy nie zdążył już odpowiedzieć, bo winda zatrzymała się i musieliśmy wysiąść. Przed hotelem czekały już na nas samochody. Pożegnaliśmy się wszyscy i rozeszliśmy się w dwie strony, ja z Tomem, a Sara z Billem. Czułam, że to początek nowego rozdziału w naszym skomplikowanym życiu...


###

Pfff, za to, że jestem taka niedobra wg Was powinnam zrobić, tak żeby ją zgwałcił i zabił ^^ I wgl powinnam zakończyć to opowiadanie, bo przecież jestem takaaa wrednaa, że nie wiem ;>