Mam wrażenie, że to był tylko sen. Że tak naprawdę nie poznałam prawdy i wszystko jest tak jak było. Tylko, czy gdyby to był tylko sen czułabym się teraz tak fatalnie? Czy płakałabym? Czy nie chciałoby mi się wstawać? Oczywiście jak zawsze problemy muszą zwalać mi się na głowę hurtowo. Tak najlepiej... żeby mnie kompletnie wykończyć. Po co się cackać... Carmen zasłużyła sobie na wszystko co najgorsze. Ja wiem... wiem, że zawsze są jakieś problemy. Ale bez przesady! Co i kiedy robię źle?! Czy naprawdę jestem taką skończoną idiotką, która nie potrafi ogarnąć własnego życia? Mam tego dosyć... najchętniej zniknęłabym. Chcę mieć w końcu święty spokój. Ale nie będę mieć... muszę coś zrobić. O ile najpierw nie oszaleję. Bo to nie byłoby dziwne, gdyby mi w końcu odbiło... bo to wszystko jest jakieś chore. Jak można być tak podłą osobą, jak moja matka! Jak ona może taka być!? I ona mnie urodziła? Nie chcę mieć z nią nic wspólnego... naprawdę już nie chcę. Mam gdzieś, że to moja mama... ja chce zapomnieć, że w ogóle istniała i móc żyć własnym życiem. Ona nie jest mi do niczego potrzebna. Koniec. Muszę coś zrobić z tym co się stało... najpierw wyjaśnić sytuację z Sarą, potem sytuację z moim prawdziwym ojcem. Tak... chce wiedzieć kim on jest i czy w ogóle gdzieś jest. Nie twierdzę, że od razu do niego pójdę i oświadczę, że jestem jego córką. Ja chce tylko się dowiedzieć, czy mam ojca... a potem niech wszystko toczy się według losu.
-Carmen... masz gościa.- Oznajmiła Melanie, a ja po chwili ujrzałam mamę bliźniaków wpatrującą się we mnie w dziwny sposób. Nie wróżyło to nic dobrego... no naprawdę jeszcze jej mi brakowało. Ciekawe co tym razem jej nie odpowiada.
-Dzień dobry... stało się coś?- Wstałam spoglądając na nią niepewnie.
-Może ty mi to powiesz?- Uniosła brwi krzyżując ręce na piersi. Nie wiem o co jej chodzi... ja naprawdę nie mam dzisiaj siły, żeby się użerać z teściową. Co ja jej do cholery zrobiłam, że ona mnie tak nie cierpi!?
-Chciałabym, ale nie wiem o co chodzi.- Starałam się być całkowicie spokojna. Nie będę się unosić... nie ma takiej potrzeby. Trzeba panować nad sytuacją i emocjami... przecież nic się nie dzieje. Jeszcze...
-Widziałam w gazecie twoje zdjęcia z jakimś dzieckiem.- Zakomunikowała, a w jej głosie można było bez problemu wyczuć złość. Odetchnęłam głęboko nadal nad sobą panując.
-To mój brat.- Odparłam na co kobieta zareagowała parsknięciem.
-Tak nagle masz brata?
-Nie nagle... po prostu mieszkał ze swoją matką, a teraz mieszka ze mną.- Przewróciłam teatralnie oczami.
-Ciekawe. A dlaczego nie jesteś z moim synem?
-Bo uznaliśmy, że lepiej będzie jak wrócę do domu.
-To raczej nie jest wasz dom.- Zauważyła z ironicznym uśmieszkiem. Czy ona przypadkiem sądzi, że pokłóciłam się z Tomem? Albo, że go zostawiłam?
-Przeniosłam się na jakiś czas do siostry, nie chciałam być sama.- Wzruszyłam ramionami. Ta kobieta zaczyna mnie wkurzać. Ja naprawdę staram się ją szanować i być miła. Jednak przyszła zdecydowanie w nieodpowiednim momencie.
-Wiedziałam, że to wasze małżeństwo jest głupią decyzją.- Pokręciła głową z dezaprobatą, a ja poczułam, że tracę cierpliwość...
-My tak nie uważamy. O co pani właściwie chodzi? Przyszła pani sprawdzić, czy się rozeszliśmy? To bardzo mi przykro, ale nadal jestem żoną pani syna! I jesteśmy razem cholernie szczęśliwi, jeszcze nigdy nie byliśmy bardziej szczęśliwi niż teraz proszę sobie wyobrazić! W dodatku staramy się o dziecko i jesteśmy na dobrej drodze! Być może za rok będzie pani miała już kolejnego wnuka bądź wnuczkę!- Wyrecytowałam kipiąc ze złości. Doskonale wiedziałam, że temat dziecka działał na nią jak płachta na byka. Nie będę ukrywała, że zrobiłam to z premedytacją. Nie będę już dla niej miła skoro ona nie potrafi być dla mnie. Ona nawet mnie nie szanuje i zapewne gówno ją obchodzi, że jej syn mnie kocha.- Współczuję Tomowi, że jego własna matka nie potrafi nie dość, że uszanować jego decyzji to jeszcze cieszyć się z tego, że jej syn jest szczęśliwy u boku kobiety, którą naprawdę kocha. Może się pani doszukiwać jakichś niedociągnięć w naszym związku, ale za cholerę pani ich nie znajdzie! Bo do kurwy, jest idealnie. Tak idealnie, że nawet pani się nie śniło coś takiego! Nawet w tych pieprzonych serialach tak nie jest.- Nie panowałam już, ani nad sobą, ani swoimi słowami. Było już mi wszystko jedno. Wyżywałam się na niej z pełną tego świadomością i nie czułam żadnych wyrzutów. Nikt jej nie kazał tu przyjeżdżać... nikt jej w ogóle nie kazał ze mną rozmawiać. Patrzyła na mnie wielce zszokowana. No jasne... że też ośmieliłam się w ten sposób do niej mówić. Pewnie myślała, że skoro jest matką mojego męża będzie dla mnie niczym święta. No chyba w snach! Jeszcze trochę i znienawidzę ją tak samo jak własną matkę.
-Nie mów do mnie w ten sposób i nie podnoś na mnie głosu.- Odezwała się w końcu wielce poruszona. Miałam ochotę prychnąć jej prosto w twarz, jednak coś w głębi powstrzymywało mnie od tego. Teraz pewnie w ogóle uważa mnie za niewychowaną gówniarę... może i dałam jej do tego powody, ale ona myślała o mnie w ten sposób zanim mnie poznała. Poza tym... ona w ogóle mnie nie zna, może zacznijmy od tego.- To raczej nic dziwnego, że interesuję się własnym synem i chcę dla niego jak najlepiej. Mam prawo uważać, że źle dobrał sobie partnerkę...
-Przykro mi, że nie spełniam pani oczekiwań odpowiedniej synowej. Ale Tom mnie kocha, a ja jego... to chyba jest najważniejsze?- Uspokoiłam się i znacznie spuściłam z tonu, a ona zaś zrezygnowała ze swojej złośliwości.
-Tom jest młody i jeszcze głupi. Ma dopiero dwadzieścia lat, kto się żeni w tym wieku? To nieodpowiedzialne. Tym bardziej, że ty jesteś jeszcze młodsza. Poza tym takie małżeństwa mają marne szanse na przetrwanie...
-Świetnie, że pani w nas tak bardzo wierzy. Ale nikt nie pyta panią o zdanie, a ja nie mam najmniejszej ochoty tego wszystkiego słuchać... kompletnie pani się nie liczy z moimi uczuciami, nie wspominając już o uczuciach Toma. Proszę stąd wyjść... a następnym razem jak będzie pani chciała złożyć nam wizytę proszę zadzwonić i uprzedzić.- Oświadczyłam w bardzo szybkim tempie czując, że mogę zostać ponownie wyprowadzona z równowagi. Naprawdę miałam już serdecznie dosyć tej bezsensownej dyskusji. Za kogo ona w ogóle się uważa?- Do widzenia.- Dodałam wyraźnie podkreślając te słowo dając jej tym samym do zrozumienia, że ma wyjść. I tak też poczęła już nawet nie otwierając ust. Nie minęła chwila jak znowu zostałam sama... aczkolwiek nie na długo, gdyż w pokoju zaraz zjawiła się moja siostra.
-Co ona chciała? Czemu tak krzyczałaś?
-Bo ja już mam wszystkiego dosyć...- Jęknęłam i podeszłam do niej wpadając w jej ramiona.-Chcę do Toma...
-Spokojnie... wszystko będzie dobrze, przecież zawsze jest wcześniej czy później.- Szepnęła gładząc mnie uspokajająco po plecach.
-Ał... on mnie kopnął...- Odsunęłam się od niej, a na moją twarz wpłynął szeroki uśmiech.- Tak się nie traktuje ciotki...- Oburzyłam się spoglądając na brzuch siostry.
-Chciał cię pocieszyć.- Stwierdziła z uśmiechem kładąc ręce na brzuchu.- To świetne uczucie... Gdybym wiedziała, że to może być takie piękne nigdy bym...
-Cicho...nie mów.- Zatkałam jej usta dłońmi. Doskonale wiedziałam, co miała na myśli. Nawet sobie nie wyobrażam jak potwornie musi się czuć. Ja sama mam z tym problem, a co dopiero ona. Do tej pory nie pojmuję tego co zrobiła... ale nie chcę do tego wracać, chce zapomnieć, że w ogóle takie zdarzenie miało miejsce w jej życiu i po części także moim.- Dostałaś drugą szansę i ważne, że ją wykorzystałaś.
-Ta... marudzę ci o tym jaka to jesteś nieodpowiedzialna, a sama nie jestem lepsza.- Westchnęła ciężko.- Ale ty wiesz, że ja chcę dobrze, nie?
-Jasne. Zawsze to wiedziałam i jestem ci bardzo wdzięczna. I zawsze będę... kocham cię i cieszę się, że mam taką wspaniałą siostrę.- Wyznałam ze łzami w oczach. Wiele razem przeszłyśmy... zawsze mogłam na nią liczyć. Nie poradziłabym sobie, gdybym jej nie miała.
-Hm... ty też jesteś wspaniała.- Zmarszczyła brwi.- Trochę roztrzepana, ale... to nic. Jeszcze się wyrobisz.
#
-Bill, co to miało być? Prawie całą piosenkę zaśpiewali fani.- Gitarzysta spojrzał uważnie na brata, który w odpowiedzi wzruszył ramionami.- Co z tobą?
-Chcę jechać do domu!- Fuknął czarnowłosy i usiadł na kanapie krzyżując ręce na piersi robiąc przy tym minę naburmuszonego chłopca, któremu zabrano ulubioną zabawkę.
-Pojedziemy jak się trasa skończy...
-Łatwo ci mówić, bo to nie Carmen wyprowadziła się z domu i to nie Carmen nie chce z tobą gadać i w ogóle cię znać...- Wyrecytował ze złością.- Moja dziewczyna, która jest ze mną w ciąży odeszła ode mnie, a ja nawet nie wiem co się stało i nie mogę do niej jechać, żeby choćby spróbować ją odzyskać! Teraz już na pewno pomyśli sobie, że mi na niej nie zależy... a zależy mi na niej i na naszym dziecku!- Wyrzucił z siebie.
-Uspokój się... Też chciałbym, żebyś sobie z nią wszystko wyjaśnił, ale musimy skończyć trasę. Nie możemy sobie tak po prostu odwołać koncertów...
-Jasne... ale możemy tak po prostu sobie pozwolić, żeby moje życie prywatne legło w gruzach.- Burknął.- Ale gdyby z Carmen się coś działo to moglibyśmy wszystko rzucić, żebyś do niej sobie leciał!- Zarzucił podrywając się gwałtownie z miejsca.
-Nieprawda...- Mruknął Tom sam nie będąc do końca pewien swoich słów. Bo gdyby chodziło o jego żonę... z pewnością zachowałby się tak samo jak jego bliźniak. I może nawet nie pytałby nikogo o zdanie, tylko po prostu wsiadł w pierwszy samolot... ale to zależy od sytuacji.- Bill... naprawdę cię rozumiem. No, ale... po tym co odstawiała ci Sara nie brałbym teraz jej na poważnie... skąd masz pewność, że to nie jest jej kolejny kaprys? Że znowu sobie czegoś nie wymyśliła?
-Tom, do cholery! Przestań uważać moją dziewczynę za jakąś rozkapryszoną małolatę... może i czasem była nieznośna i miała dziwne zachcianki, ale jestem pewien, że teraz to coś poważniejszego. I nie potrafię normalnie sobie śpiewać jak gdyby nigdy nic, kiedy wiem, że coś jest nie tak! No powiedz... co byś zrobił, gdyby Carmen była na miejscu Sary?!
-Pewnie to co ty...
-Czyli nic. Bo święty Jost zagroził, że rozwiąże zespół.
-Bo on ma trochę racji...
-Jasne! Ty chyba nadal nic nie rozumiesz! W ogóle nie obchodzi cię to co się dzieje z moim życiem! Odkąd jesteś z Carmen kompletnie mnie olewasz.- Przerwał mu patrząc na niego w taki sposób, jakby chciał go tym zabić.
-Bill, do cholery nie przeginaj. Doskonale wszystko rozumiem i wcale cię nie olewam. Ale nie możesz wszystko robić kosztem zespołu! Sara przecież nie umiera, więc może poczekać aż skończymy trasę... I nie wyżywaj się na mnie.
-Czyli nawet na ciebie nie mogą liczyć?- Prychnął z pogardą.
-A co ja mogę? Nie sprawię, że Jost zmieni zdanie.
-A od kiedy tak go słuchasz, co?
-Proszę cię, skończmy już to. Nie chcę się z tobą kłócić...
-A ja mam dosyć!- Oświadczył podnosząc swój ton i nie czekając na reakcję brata opuścił pomieszczenie trzaskając przy tym drzwiami. Być może to był jakiś sposób na wyładowanie złości jednak z pewnością mu nie pomógł. Czuł się bezradny, a tego nie lubił. Chciałby w końcu mieć kontrolę nad własnym życiem i móc odpowiednio nim pokierować. Ma już dość tych ciągłych problemów, które zaskakują go pojawiając się właściwie znikąd. Nie tak miało wyglądać jego życie... wszystko miało być inaczej.
###
Hm... jednak chyba nie będę nikogo zabijała xd Bez trupów też się da! xD
No i witam nowych Czytelników :D
Pozdrawiam ;*